Na zapowiedź nowej pozycji z serii The Legend of Zelda prawdopodobnie przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Nintendo nie zamierzało jednak zmarnować okazji, premiery nowej konsoli Nintendo Switch 2. Był to więc idealny moment, aby wykazać się mocą świeżego sprzętu, a jak lepiej to zrobić niż poprzez intensywne starcia z setkami wrogów jednocześnie. Po wydarzeniach z Age of Calamity przenosimy się znacznie dalej w przeszłość, aby poznać początki mitologii świata Hyrule.
Hyrule Warriors: Age of Imprisonment nie jest wyłącznie prostym spin-offem, lecz długą na ponad pięćdziesiąt godzin pozycją z gatunku musou – podgatunku slasherów. To typ gier, w których bohaterowie trafiają na wielkie pole bitwy i mierzą się z setkami lub nawet tysiącami wrogów jednocześnie. Tego typu produkcje zamiast zaawansowanego modelu walki skupiają się bardziej na RPG-owym podejściu do rozgrywki, oferując szereg statystyk do rozwijania oraz wielu grywalnych bohaterów z unikalnym zestawem umiejętności.
Wojna sprzed tysięcy lat
Wydarzenia z najnowszej odsłony dobrze uzupełniają lukę między Breath of the Wild oraz Tears of the Kingdom. Jako księżniczka Zelda trafiamy do Hyrule na tysiące lat przed wydarzeniami z dwóch ostatnich dużych gier z serii. Mamy więc możliwość lepiej poznać pierwszych władców królestwa – króla Rauru oraz królową Sonię. Historia przedstawia także moment, w którym okoliczne, pomniejsze armie zjednoczyły się przeciwko dobrze znanemu nam Ganondorfowi. Podchodząc do tego tytułu, nie nastawiałem się na zaawansowaną opowieść. W tego typu pozycjach najczęściej można spodziewać się, że scenariusz jest tylko tłem dla widowiskowej naparzanki. Okazało się, że w przypadku Age of Imprisonment jest całkowicie odwrotnie.
Gra momentami aż nadmiernie zasypuje nas przerywnikami filmowymi. Łącznie otrzymujemy prawie trzy godziny prerenderowanych filmików, które często potrafią trwać nieprzerwanie kilka, a nawet kilkanaście minut, nie pozwalając przejść do rozgrywki. Na wczesnym etapie gry może to być szczególnie irytujące, gdy oglądamy trzeci materiał z rzędu, a wciąż nie rozumiemy podstawowych mechanik. Z czasem jednak liczba filmików zaczyna zmniejszać się do liczby całkowicie akceptowalnej, choć nadal należy liczyć się z długim czasem oglądania.
Widać, że twórcy mieli gotowy plan, jak w przyszłości rozwinąć niedopowiedzenia znajome z Tears of the Kingdom. Scenariusz jest bardzo prosty i przez większość rozdziałów ogranicza się do gromadzenia armii z różnych regionów królestwa Hyrule, a następnie skierowania jej przeciwko demonicznemu Ganondorfowi. To historia przygotowana z myślą o osobach, które miały przyjemność zagrać w dwie ostatnie części The Legend of Zelda i poznać głównych bohaterów tych wydarzeń. Choć całkowicie nowi gracze również powinni odnaleźć się w tym świecie, to będą oni czerpać znacznie mniej przyjemności z wyłapywania znajomych smaczków. To bowiem tytuł, który na każdym kroku ma odwoływać się do materiału źródłowego, nie tylko poprzez znajomych bohaterów, ale i stylizowaną oprawę graficzną oraz wręcz identyczne dźwięki interfejsu.
Znacznie słabiej wypadają natomiast zadania poboczne, których znajdziemy w grze grubo ponad setkę. Choć teoretycznie zadania te również oferują nowe szczegóły fabularne, to w większości ograniczają się do odbijania lokacji spod armii wroga i wymiany krótkich dialogów pomiędzy grywalnymi bohaterami. Ukończenie wszystkich wyzwań dla danej postaci odblokowuje także dodatkową rozmowę, która ma rozszerzyć lore, jednak trzeba obiektywnie przyznać, że jest to raczej mało zachęcająca nagroda za poświęcenie kilku godzin. Dodatkowe misje będziemy więc wykonywać głównie w celu zdobywania nowych surowców, które pozwolą następnie rozwinąć naszych bohaterów oraz odblokować kolejne ulepszenia.
Oni mają armię!
Od strony rozgrywki tytuł wypada aż za bardzo schematycznie. Trafiamy na mapę, która mieni się od czerwonych kropek oznaczających grupy przeciwników. Następnie przedzieramy się i wybijamy setki bokoblinów i lizalfosów stojących na naszej drodze. Głównym celem najczęściej jest odbicie przejętego przez wrogów obozu lub wyeliminowanie mocniejszego przeciwnika. Struktura zadań nie różni się znacząco w zależności od ich typu, a jedyna różnica związana jest z wielkością planszy. W zadaniach pobocznych trafiamy na niewielkie tereny, których ukończenie zajmuje maksymalnie kilka minut, a w misjach głównych zwiedzimy znacznie większe mapy skrywające dodatkowe sekrety w postaci skrzyń z ulepszeniami i ukrytych Koroków.
Aby efektywnie wykorzystać czas, możemy także realizować wyzwania bohaterów. Czasem jest to wyeliminowanie wskazanej liczby przeciwników, użycie zsynchronizowanego ataku ze wskazanym przez grę kompanem, używanie mocy żywiołów i innych mechanik. O ile jest to zawartość całkowicie opcjonalna, to warto wziąć się za nie tak szybko, jak to tylko możliwe, ponieważ w grze znajdziemy aż dziewiętnastu grywalnych bohaterów, a każdy z nich oferuje własny rozbudowany zestaw zadań. W zamian otrzymamy dodatkowe surowce, za które zwiększymy liczbę żyć, limit ataków specjalnych oraz odblokujemy całkowicie nowe combosy i umiejętności.
My mamy Zeldę!
Nie sposób jednak narzekać na system walki, który z jednej strony zachęca prostotą, a z drugiej oferuje mnóstwo dodatkowych opcji pozwalających maksymalnie wykorzystać umiejętności bohaterów. Teoretycznie jest to model oparty na dwóch typach ataków –lekkich i mocnych – które wykonywane są w ramach prostych kombinacji. Różne efekty osiągniemy w zależności od liczby lekkich ciosów przed wykonaniem silnego uderzenia. Od czasu do czasu możemy także wykorzystać unikalną umiejętność, która zadaje większe obrażenia, a zrobienie tego w momencie, gdy przeciwnik jest podatny na dany typ ciosów, dodatkowo zbije jego gardę.
W arsenale znajdziemy także urządzenia Zonai zadające obrażenia na bazie żywiołów i mogące np. podpalić, zamrozić czy porazić wroga. Z czasem odblokujemy możliwość ładowania ataków specjalnych i ciosów skoordynowanych z inną postacią. Wisienką na torcie jest natomiast zbicie paska energii określanego jako „gauge” i osłabienie przeciwnika, co pozwala zadać wyjątkowo wysokie obrażenia.
Twórcy dobrze wykorzystali założenia ostatnich odsłon The Legend of Zelda, w których model rozgrywki oparty na wielu mikrosystemach współdziałających ze sobą. Pozwala to na większe eksperymentowanie z walką, której w gatunku musou jest naprawdę dużo. Można się jeszcze długo rozwodzić, choćby nad tym, jakie możliwości dają skoordynowane ataki pomiędzy różnymi bohaterami albo nad systemem zbijania gardy za pomocą wykonywanych uników. To zaskakująco rozbudowany model walki, który jednocześnie nie wywołuje poczucia zagubienia.
Ganondorf stawia na liczebność
Jak już wcześniej zaznaczyłem, musou to gatunek skupiony na eliminowaniu naprawdę dużej liczby przeciwników. W Hyrule Warriors podczas jednej misji pobocznej na naszej drodze spotkamy nawet 500 przeciwników, których wyeliminowanie powinno zająć maksymalnie kilka minut, a podczas zadań głównych liczba ta może wzrosnąć do blisko 2000. Pokonywanie słabszych wrogów to zwykle kwestia zaledwie kilku sekund. Mimo że w jednym momencie sprzęt potrafi generować bardzo liczne grupy, to nie zauważyłem większych spadków wydajności. Nintendo Switch 2 całkiem sprawnie radzi sobie z utrzymaniem 60 klatek na sekundę, czasem zaliczając drobne dropy związane z naprawdę dużym natężeniem akcji.
Niewielkie zarzuty mam natomiast wobec mocniejszych przeciwników, ponieważ ich pula stosunkowo szybko zaczyna się wyczerpywać. Każdy Boss Bokoblin, Lynel, Moblin, Hinox posiada kilka różnych wersji z inną wytrzymałością lub innym żywiołem, jednak walka z nimi pozostaje taka sama niezależnie od ich typu. Przy grubo ponad 150 misjach powtarzalność jest więc spodziewana i każdego z powyżej wspominanych oponentów spotkamy dziesiątki, jak nie setki razy, często powtarzając się nawet w ramach jednej misji. Oczywiście w grze znaleźli się także faktyczni bossowie, jednak i tutaj nie zabrakło recyklingu, nawet w ramach misji głównych.
Królestwo Hyrule w nowym wydaniu
Do tytułu podchodziłem na krótko przed zakończeniem przygody z mało atrakcyjnym Pokemon Legends Z-A. Age of Imprisonment pod względem oprawy graficznej wypada znacznie lepiej, z czego wyróżnić należy wysokiej jakości przerywniki filmowe, które jednak mają swoje odniesienie również w wielkości gry, ponieważ ta zajmie na dysku prawie 45 GB, co jak na Nintendo jest naprawdę ogromnym rozmiarem.
Przeskok generacyjny sprawił, że tytuł prezentuje się znacznie lepiej w porównaniu do Age of Calamity, a stylistyka Breath of the Wild sprawia, że oprawa nie zestarzeje się naprawdę długo. To jeden z najatrakcyjniejszych tytułów ekskluzywnych na nowej konsoli Nintendo. Cieszy również, że twórcy nie oszczędzali na animacji i każdy z tak wielu grywalnych bohaterów posiada unikalne i oryginalne ataki oraz akcje skoordynowane. Jeśli chodzi o oprawę dźwiękową, to tutaj tytuł śmiało wykorzystuje dźwięki i muzykę znane z The Legend of Zelda, więc jeśli jesteście fanami tego soundtracku, nowe Hyrule Warriors zaoferuje wam jeszcze więcej dobroci.
W kwestiach technicznych chciałbym skrytykować jednak kiepską sztuczną inteligencję, która robi wyłącznie za tło fabularne. Jeśli akurat nie sterujemy daną postacią, to możemy spodziewać się, że obrażenia zadawane przez bota będą marginalne. W praktyce każdego przeciwnika należy pokonać samemu, a zostawienie roboty SI oznacza, że bohaterowie będą walczyć w nieskończoność z nawet najprostszym zagrożeniem. Bez wydawania dokładnych poleceń sztuczna inteligencja kieruje się często w innym kierunku niż gracz, co może sprawiać, że przy przełączaniu kontroli postać znajduje się daleko od celu lub walczy w zupełnie niepotrzebnym miejscu. Zdarzało mi się również, że niekontrolowana postać na stałe zablokowała się w jednym punkcie bez żadnego działania i dopiero przejęcie kontroli i przemieszczenie się do miejsca docelowego naprawiało problem.
Podsumowanie
Hyrule Warriors: Age of Imprisonment skutecznie zrywa z łatką prostego spin-offu stając się alternatywną formą poznawania świata The Legend of Zelda. Tytuł oferuje bardzo rozbudowaną rozgrywkę oraz długą i złożoną opowieść. Starcia z setkami bokoblinów potrafią być naprawdęangażujące i niesamowicie widowiskowe. Model walki nawet po wielu godzinach spędzonych w królestwie zaskakuje nowo odkrytymi mikrosystemami. Do tego otrzymujemy naprawdę bogaty zestaw grywalnych bohaterów, co znacząco wpływa na różnorodność rozgrywki.
To gra z gatunku musou, więc pewne założenia są typowe dla gatunku, a z czasem tytuł może stać się nużący. Sytuacji nie ratuje także schematyczna struktura rozgrywki, która przez całą opowieść w ogóle się nie zmienia. Choć zawartości jest tutaj na ponad pięćdziesiąt godzin, to wątpię, aby każdy dał radę spędzić z grą aż tyle czasu. O ile kampania fabularna wypada naprawdę dobrze, to zawartość poboczna nie oferuje nic niezwykłego. Kiedy już zakończymy tę przygodę, w głowie zostaje jedno pytanie. Do jakiego okresu seria Warriors powinna zabrać nas następnym razem?
Dziękujemy firmie Nintendo za udostępnienie gry do recenzji.
Podsumowanie




Hyrule Warriors: Age of Imprisonment momentami imponuje. Liczba przeciwników oraz widowiskowość walki sprawdzają się świetnie nawet na sprzęcie hybrydowym. Struktura rozgrywki z czasem jednak może zacząć stawać się bardzo męcząca.









Komentarze
Dodaj nowy komentarz: