Recenzja

Recenzja Tokyo Xtreme Racer. Powrót japońskiej legendy szóstej generacji konsol

Czy ta produkcja ma szansę być dla nas NFS'em, na jakiego czekaliśmy?

Tokyo Xtreme Racer jawił mi się jako obietnica nielegalnych wyścigów z japońską motoryzacją na czele. Tuning mechaniczny, wszelkiej maści modyfikacje wizualne z neonami włącznie i najbardziej kultowe wozy z kraju kwitnącej wiśni, takie jak Toyota Supra, Nissan Skyline czy Mazda RX7. Miałem wielką nadzieję, że tytuł ten przypomni mi czasy świetności serii Need For Speed wraz z takimi częściami jak Underground czy Carbon.

Ponadto, trzymałem kciuki, że ekipa z Genki za pośrednictwem tej produkcji, pokaże światu, że to tego typu gier oczekuje wielu fanów arcadowych ścigałek z nutką nielegalności. Mógłbym już teraz odpowiedzieć czy to się udalo, tylko że w przypadku Tokyo Xtreme Racer sprawa jest znacznie bardziej złożona i aby w pełni wyjaśnić, czym ta gra jest, spróbuję ją dla was rozbić na kilka najistotniejszych czynników.

Utracone nadzieje

Tokyo Xtreme Racer nie jest czymś całkiem nowym na rynku. Seria pamięta jeszcze czasy PlayStation 2 i była popularna głównie w Azji oraz Stanach. W naszym regionie rozpoznawalność tej marki była niewielka, w co zapewne spory wkład miało EA z doskonałą wtedy passą swojego Need For Speeda. Sam byłem w gronie tych zagrywających się w samochodówki elektroników, nie mając bladego pojęcia o istnieniu takiej franczyzy. Muszę jednak od razu uczulić tych, którzy tak jak i ja, upatrywali w tym tytule szansy na odebranie korony Undergroundowi i nowy start dla klimatu nielegalnych wyścigów w grach.

Tokyo Xtreme Racer zdecydowanie taka produkcją nie jest i w zasadzie nawet nie sili się na to, aby nią być. Japońscy deweloperzy mieli całkiem odmienną wizję odnośnie tego projektu i widać to w bardzo wielu aspektach, choć nie uniknięto pewnych podobieństw. Te jednak dotyczą skrajnie odmiennego gatunku, co do którego przed zagraniem, nie miałbym najmniejszych podejrzeń.

Samochodowe JRPG

Tak, dobrze przeczytaliście, po zagraniu kilkunastu godzin w Tokyo Xtreme Racer, nazwanie go samochodową odmianą japońskiego RPG wydaje mi się być najbardziej trafnym porównaniem. Twórcy postanowili oprzeć trzon rozgrywki nie na samych samochodach, ich prowadzeniu, efektownych wyścigach oraz rozmaitych trasach, ale na podbijaniu statystyk, odblokowywaniu umiejętności, a także rywalizacji między ścigającymi się kierowcami. Jak to wygląda w praktyce?

Jako osoba dopiero wkraczająca w pasjonujący świat ulicznych wyścigów, trafiamy do Tokio, gdzie kupujemy swój pierwszy wóz (spośród trzech dostępnych na start) i ruszamy w miasto celem zdobycia uznania i pieniędzy, bez której nie rozwiniemy naszej maszyny na kółkach, nie mówiąc już nawet o zakupie czegoś lepszego. Gdy tylko przyszło mi pierwszy raz poprowadzić, nie mogłem się nadziwić i zastanawiałem się, czy to kwestia tego, że dopiero zaczynam, czy tak już będzie zawsze. W tej grze możemy jeździć swobodnie oraz ścigać się wokół Tokio, ale nie w samym mieście.

Do dyspozycji mamy wiele kilometrów opasajacych największą metropolię świata, obwodnic. Tak, wyłącznie tego rodzaju dróg szybkiego ruchu. Jazda po ciągnących się prostych odcinkach, estakadach czy mostach to nasz jedyny tor wyścigowy, po jakim możemy się poruszać. Powiedzieć, że się rozczarowałem, to jakby nic nie powiedzieć. Japonia obfituje w tak wiele wspaniałych tras, to tam narodził się drift, a jedyne japońskie drogi do naszej dyspozycji, to monotonne wielopasmówki. Na tym etapie jednak już za późno, żeby odpuścić, więc zacisnąłem zęby i ruszyłem dalej.

Jazda po tak z pozoru prostych odcinkach, generowało sporo obaw z mojej strony, w szczególności ze względu na możliwą nudę i brak większego wyzwania czy możliwości czerpania frajdy z prowadzenia na krętych odcinkach. Na jezdni możemy spotkać wiele zespółów, którzy tak samo jak my, parają się szybką jazdą w swoich odpicowanych bykach. Podczas swobodnego przemieszczania się, możemy rzucić im wyzwanie i tym samym rozpocząć wyścig.

Co ciekawe, nie jest to pogoń z punktu A do B i tutaj robi się naprawdę interesująco. Rywalizacja jest swoistym pojedynkiem, w którym wygrywa ten, kto osiągnie wystarczająco długi dystans oddzielający go od swojego rywala i zdoła go utrzymać, przy okazji się nie rozbijając. Wyznacznikiem tego jest pasek SP - będący odzwierciedleniem życia w bijatykach i tak samo działa on tutaj. Wszelkie kolizje z obiektami czy pojazdami obniżają wartość punktów SP. Ponadto po oddaleniu się o ponad 25 metrów od przeciwnika rozpoczyna systematyczne odejmowanie żywotności z paska przeciwnika.

Gdy ten u jednej ze stron spadnie do zera, walka dobiega końca. Jest to dość nietypowy system, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę jego wykorzystanie w grze wyścigowej. Sprawia on jednak, że rywalizacja nabiera charakteru i nawet jeśli jesteśmy daleko na przedzie stawki, to nieuwaga i nadmierna prędkość może doprowadzić do porażki w razie nieostrożności i obijania się o bariery drogi. Nie liczy się więc tutaj czysta moc koni mechanicznych, ale kierowca i jego umiejętności.

Po pokonaniu całego zespołu na pojedynek wyzwie nas lider grupy, którego możemy uznać za odzwierciedlenie bossa. Zwycięstwo także i nad nim podczas tej samej sesji, kończy dzień wyścigowy, kierując nas z powrotem do garażu. Za wygrywanie oraz umiejętną jazdę jesteśmy nagradzami walutą w postaci punktów CP. Dzięki niej możemy kupować nowe pojazdy, tuningować obecne zarówno mechanicznie jak i wizualnie. Zebranie jednak pewnej sumki na lepszy pojazd trochę trwa (przynajmniej na początku), aby więc poprawić zarabianie oraz nasze zdolności do rywalizacji, w grze mamy także dostępną jeszcze jedną walutę - BP.

Tę zdobywamy przede wszystkim za wygrywanie wyścigów, lecz w znacznie mniejszej ilości. Do czego służy? Między innymi daje możliwość wykupienia bonusów pasywnych do zarobków, do obniżek w sklepach, czy systemu umiejętności, a więc perków. Pośród nich możemy znaleźć takie, które zwiększą nasz zasób zdrowia, pozwolą zadać więcej “obrażeń” przeciwnikowi, a także zmniejszą na naszą korzyść dystans, po którym przeciwnik zacznie obrywać.

Pod tym względami właśnie, mam wrażenie że Tokyo Xtreme Racer jest takim trochę jRPG, tyle że walczymy poprzez jazdę samochodami. Dodatkowo, aby rozgrywka nie była tak monotonna i abyśmy mieli cel, do którego możemy dążyć, twórcy zadbali o odpowiednią flotę pojazdów możliwych do zdobycia(do której wrócimy nieco póżniej), oraz cały ogrom rywali do pokonania (ponad 400 przeciwników). Po początkowym rozczarowaniu związanym dostępnymi trasami, nie robiłem sobie wielkich nadziei na genialną zabawę i chociaż jest to całkiem odmienny typ gry wyścigowej, to po dłuższych sesjach jednak się wkręciłem!

Początkowo większość pojedynków z rywalami nie trwała nawet minutę, ale im dalej w las, tym zaczęło się robić ciężej i poczułem zew wyzwania. Niektórzy przeciwnicy są na tyle mocni, że pogoń o zwycięstwo potrafi się ciągnąć minutami, gdzie każdy z nas ma odrobinę SP na stanie, przez co najmniejszy błąd decyduje o zwycięstwie lub porażce. Zdecydowanie muszę przyznać, że ten model zabawy choć tak bardzo nietypowy, to daje masę frajdy w tym arcadowym modelu jazdy.

Część z przeciwników stawia przed nami twarde warunki, aby dało się im rzucić wyzwanie. Może to być konrektny samochód, brak modyfikacji, odpowiedni przebieg dla nas jako kierowcy czy nawet taki detal jak tablica rejestracyjna! W ten sposób tytuł zachęca nas do eksperymentowania i daje do zrozumienia, że jedna gablota to za mało, aby ukończyć gre w pełni.

Sporą cegiełkę w dobrym odbiorze gry daje także system tuningu, który jest po prostu odjechany! Osiągnięcie pełnego potencjału naszego wymarzonego wozu co prawda zajmie trochę czasu, ale każdy upgrade to realna poprawa osiągów, a nie tylko puste statystyki. Ponadto dla największych wyjadaczy, w przypadku części stricte mechanicznych, mamy możliwość ingerowania w jej parametry, co jeszcze bardziej pozwala na dostosowanie wozu pod własne preferencje i potrzeby.

Oczywiście nie zapomniano modyfikacjach estetycznych, jakie jak inne progi, spoilery czy kultowe neony. Nie ma tutaj wielu producentów części, jak miało to miejsce w NFSie, mimo tego można zrealizować wiele fantastycznych projektów, lub przywrócić wygląd maszyny z legendarnego filmu. W moim przypadku postanowiłem odtworzyć Toyotę Suprę z pierwszej części Szybkich i Wściekłych i chociaż nie jest perfekcyjnie, to jestem bardzo zadowolony z efektu końcowego.

Tokyo Xtreme racer może poszczycić się solidną flotą pojazdów, które możemy poprowadzić. Skupia się ona rzecz jasna na markach japońskich, takich jak Toyota, Nissan czy Mitsubishi, gdzie nie brakuje wielu legend motoryzacji. Dostępne samochody to jednak nie tylko sportowe fury, ale także miejskie vany, malutkie kei cary czy nawet niewielkie ciężarówki.

Każdy z dostępnych w grze pojazdów uczestniczących w ruch ulicznym, możemy zakupić do naszej kolekcji, co z pewnością zasługuje na odnotowanie. Łącznie do dyspozycji twórcy oddali 81 samochodów i nie można wykluczyć, że ta liczba może się jeszcze powiększyć. Jakie natomiast są moje odczucia w kwestii audiowizualnej?

Piękne samochody, sterylne miasto i oryginalna monotonia muzyczna

Tokyo Xtreme Racer powstało na silniku Unreal Engine 5. Zdaję sobie sprawę, że ten nie cieszy się zbytnią sławą, choćby ze względu na liczne problemy z optymalizacją, ale na tym polu muszę deweloperów z Genki pochwalić, bo gra nie tylko cieszy oko, ale i chodzi jak żyleta, bez jakichkolwiek przycinek. Samochody prezentują się bardzo okazale, posiadając liczne detale i podkreślając piękno japońskiej motoryzacji. W kwestii stolicy kraju kwitnącej wiśni, również jest bardzo pozytywnie.

Pomimo przemierzania samych obwodnic, przez co teoretycznie nie widzimy zbyt wiele, to podróżując wokół miasta, można zauważyć całe mnóstwo charakteryzystycznych obiektów architektury z mapy miasta, z kultowym Tokyo Tower na czele. Brakuje tutaj trochę śladów życia w tej największej metropolii świata, jak choćby detali w postaci ruchu ulicznego, w miejscach gdzie da się rzucić okiem poza szerokopasmowe drogi, czy nawet latających samolotów (dwa lotniska mijamy bezpośrednio). Z tego też względu mam wrażenie, że jest nieco zbyt sterylnie, niczym w idealnej miejskiej makiecie, pozbawionej śladów egzystencji.

Spośród wszystkich składowych, na które składa się gra, najbardziej nietypowym i odstającym elementem jest muzyka. Składa się ona głównie na muzykę elektroniczną z małymi wyjątkami, która niestety jest bardzo monotonna. Samych utworów niestety nie ma zbyt wiele i te często się powtarzają przy konkretnych czynnościach w grze, przez co szybko mamy jej dosyć.

Oczywiście na początku jak usłyszałem kawałek w stylu „Running in the 90’s” z anime Initial D, to było całkiem zabawnie, ale czar prysł wraz z kolejnymi godzinami i ostatecznie muzykę w grze wyłączyłem na dobre, a szkoda. Brakuje mi tutaj większej ilości muzyki z tego kraju, co mogłoby nie tylko pozytywnie wpłynąć na odczucia z gry i pogłębić immersję, ale też uważam to za straconą szansę na zapoznanie globalnej społeczności graczy z tą niezwykłą i odmienną kulturą.

Finisz na Shuto Expressway

Tokyo Xtreme Racer okazał się być dla mnie nie małym zaskoczeniem, głównie za sprawą bycia najbardziej oryginalnym i przez to odświeżającym doświadczeniem z grami wyścigowymi. Produkcja zdecydowanie nie jest laurką dla dawno minionych czasów świetności NFSa, czy filmów serii "Szybcy i Wściekli". Otrzymujemy niezwykle emocjonujące starcia między kierowcami i ich maszynami, pieczołowitość poświęconą japońskim producentom samochodów, które na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci, wypuściły same legendy motoryzacji.

Tytuł zaskakuje pozytywnie pomysłem na siebie, który mimo wkradającej się czasem monotonii, potrafi być angażujący. Elementy zaczerpinięte z japońskich gier RPG mimo początkowych obaw pasują tutaj idealnie, lecz największą obawą jest wkradająca się monotonia. Zabrakło trochę większej zawartości w warstwie audio oraz dopieszczeniu detali, dzięki któremu miasto zyskałoby nieco życia.

Całe szczęście jest to nadrobione rozbudowanym tuningiem aut, ogromem rywali do pokonania i ciekawym wyzwaniom, jakie twórcy przed graczami postawili. Czy zatem polecam Tokyo Xtreme Racer? Jak najbardziej, pamiętajcie jednak, że nie jest to ścigałka jak wszystkie inne. To wyjątkowy tytuł ze świeżym spojrzeniem i pasją do kultowych japońskich maszyn, który jednych zachwyci, a innych od siebie odepchnie na dobre.

Za udostępnienie gry do recenzji dziękujemy firmie Genki.

Podsumowanie

Gra
  • Przyciągająca oko i dobrze zoptymalizowana gra
  • Rozbudowany system tuningu
  • Ponad 400 rywali do pokonania
  • Mechaniki jRPG urozmaicające rywalizację
  • Ładna makieta wirtualnego Tokio
  • Angażujące pojedynki oparte na punktach SP
  • Precyzja w panowaniu nad wozem ma więcej znaczenia niż brutalna moc silnika
  • Dobrze zoptymalizowana i atrakcyjna grafika
Nie gra
  • Wyścigi i cała jazda swobodna wyłącznie po obwodnicach
  • Początkowo bardzo mozolne tempo rozwoju
  • Fabuła ograniczona do nudnych kwesti dialogowych
  • Skąpa oprawa audio
  • Samochodów nie da się nawet zadrapać
  • Za dużo tutaj grindu
Artyzm
Dźwięk
Gameplay
Fabuła
Werdykt: 3.25/5
"Zwykły przeciętniak"
go-stargo-stargo-stargo-stargo-star
go-stargo-stargo-stargo-stargo-star

Warte uwagi, jRPG'owe podejście do wyścigów

Platformy:
Czas czytania: 12 minut, 32 sekund
Komentarze
Dodaj nowy komentarz:
...
Twój nick:
Twój komentarz:
zaloguj się

Ta strona korzysta z reCAPTCHA od Google - Prywatność, Warunki.


Treści sponsorowane / popularne wpisy: